Wojciech Jarociński

Wojciech Jarociński

 

http://www.wolnagrupabukowina.pl/

Zobacz pierwszy koncert Wojtka w "Leśniczówce" tutaj

Zobacz drugi koncert Wojtka w "Leśniczówce" tutaj

 

 

 

 

 

 

 


Impresje Śląskie: Droga Czerwonego Kapturka do „Leśniczówki”.


Od zarania dziejów, czyli  - od kiedy pamiętam, zawsze mieszkałem na Śląsku; co prawda nie na Tym Górnym, tylko na dolnym, to niby nie to samo, ale jednak Śląsk… Nawet do niedawna funkcjonowały tu cztery kopalnie węgla kamiennego (podobno węgla najwyższej jakości, ale na pozostałościach – filarach wspiera się miasto Wałbrzych, więc dalsze wydobycie mogłoby zagrozić równowadze architektury).
Na „Victorii” i „Thorez” trafiło mi się jakiś czas pracować, co prawda nie na dole – pracowałem na terenie koksowni i elektrociepłowni w charakterze „pomocnika montera kotłowego” – chodziłem w waciaku i gumofilcach (jak  ten słynny artysta od muzyki fruwającej ryby, tyle że bez samochodu „Tarpan”, więc image niekompletny) i byłem równie czarny od węglowego pyłu jak górnik przodowy, a specyficzny zapach koksowniczych wyziewów utrwalił mi się
w pamięci – i – ile razy przejeżdżam przez Górny Śląsk wyłapuję bezbłędnie tę dziwną, szorstką, kwaśną, nieco gryzącą woń, która gdzieś tam bardzo głęboko we mnie tkwi, niemal w komórkach – zapisana, wyryta, wytrawiona – jak wielki transparent – wiersz na obudowie transportera węglowego:
Badaj obudowę nie tylko po strzale
Nie lekceważ stropu, obserwuj go stale.
Muzycznym „strzałem” ze Śląska, a było to jakieś pięćdziesiąt lat temu czy więcej  (nie zawsze drobiazgi pamiętam) był występ w moim mieście Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” pod dyrekcją Stanisława Hadyny. Może to brzmi dość nieprawdopodobnie, ale koncert odbył się (dwukrotnie) na stadionie piłkarskim szczelnie (wraz z płytą boiska) wypełnionym słuchaczami (a wydawać by się mogło, że wypełniony stadion to domena gwiazd footballu i popu; miejmy nadzieję, że ktoś, kiedyś w podobnych okolicznościach będzie czytał wiersze). Prawie wszystkie piosenki „Śląska” znałem z radia i płyt na pamięć, było więc to dla mnie na tyle ekscytujące przeżycie, że następnego dnia, zmyliwszy czujną obstawę prześlizgnąłem się przez dziurę w płocie, by jeszcze raz chłonąć wydarzenia i śpiewać „Poszła Karolinka”, „Starzyka”, albo „Helo, Helo, Helenko, jakóż Ci się pasie”… To, oczywiście nie był ten współczesny mainstream  - „Śląski Blues”, ale przecież nie chodzi o konwencję, to są ulotne sprawy – klimat, brzmienie „białych” głosów, niepowtarzalny złoto – mosiężny sound górniczej kapeli… stroje…ruch…taniec…
Mniej więcej w tym samym czasie źródłem nowych fascynacji i miłosnego (platonicznego!) zauroczenia stała się postać Gustawa Morcinka, piewcy śląskiej gwary i tradycji. Szczególnie utkwiła mi w pamięci bajka o „Górniku Maśloku, który kramarzył ze Skarbnikiem” – fascynująca historia o nagłym wzbogaceniu, ale jak to z nagłymi awansami społecznymi bywa – historia ze specyficznym „hakiem”, który sprytnie ulokowany sprowadza rzecz do stanu wyjściowego; Śląska wersja „Złotej Rybki”, „Nikodema Dyzmy” i „Fausta”
w jednym. Polecam. Przy następnym (ewentualnym) spotkaniu
w „Leśniczówce” sugeruję głośne czytanie ww. utworu z periodycznym ćwiczeniem spontanicznego okrzyku „Jerum Pajtasz!” – co w śląskiej gwarze wyraża(ło?) werbalną erupcję stanu najwyższego zdumienia i zachwytu.

***

W roku 1974 (cholera, jak ten czas leci, a wydawać by się mogło, że było to wczoraj.. no.. przedwczoraj) umożliwiono mi [z dość niezdarnymi protestami
z mojej strony, (ale mając w świadomości niewątpliwy przyszły wkład
w zachowanie, a być może i kultywowanie, a nawet  /nie bójmy się tego słowa/ WZBOGACANIE NARODOWEGO Epo-Etosu pod hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna” nieśmiałość mych poczynań sama przez się tłumaczy się. Wszak.)] pobyt na dwuletnim turnusie o charakterze rekreacyjno – patriotycznym
w okolicy malowniczych rozlewisk Bugo-Narwii. {A propos: jest do sprzedania zabytkowa Twierdza Modlin. Super okazja!}. w treści programowej wczasy zapewniały m.in. relaksująco – wzmacniające marszobiegi po (dość cherlawym prawdę mówiąc) lasku o potoczno poetyckiej nazwie „Dębinka” (możliwe, że kiedyś tam rosły dęby; dąb to starogermański symbol siły i odwagi, a taka „Dębinka” to już prawie „Dąbrowa”, a stąd już tylko krok do etosu ułańskiego, czyli: do siły i odwagi dochodzi tu jeszcze fantazja) w blaszanym („blaszannym” – jakby to Belon powiedział) kapelusiku [podobno w armii bawarskiej noszą z piórkiem (z kupra czarnego orła bojowego)], z dziurkowaną rurą na plecach zwaną dalej umownie „PM wz. 43” (skrót ten oznacza {uwaga! Ściśle tajne!} pistolet maszynowy, wzór 1943 – znaczy – ten – co – wygrał – wojnę. I tu ciekawostka: w instrukcji obsługi wspomnianego urządzenia czytałem, (z rosnącym niedowierzaniem i oniemieniem absolutnym) że PM wz. 43 służy do „zwalczania siły żywej wroga” – co brzmiało równie elegancko jak takie, np. „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. (Aha: w latach 50 –tych „zwalczało się” stonkę ziemniaczaną – zrzuconą na nasz kraj przez agentów z CIA samolotami szpiegowskimi U2 – techniką topienia wrogich obiektów
w butelkach z naftą. Nie trzeba tu dodawać, że batalię wygraliśmy). Pozostawało tylko maleńkie pytanko, jak rozwiązać „ostatecznie” kwestię pozostałej – „martwej siły wroga”, po zwalczeniu tej żywej. Teraz, gdy moja imaginacja wzbogacona dziesiątkami filmów obejrzanymi w TiVi, projektuje mi ewentualne starcie z armia zombie’ch oblewa mnie zimny pot i budzę się z okrzykiem grozy). Rynsztunku bojowego dopełniała noszona plecach radiostacja R-105 z anteną Kulikowa i podwójnym półdupleksem (to też ściśle tajne!). To skomplikowane urządzenie ważyło ok 20 kg i dość radykalnie poprawiało szanse przeżycia „siły żywej wroga”.

***

Wszystkie drogi prowadza na Śląsk, także i te wydeptane wojskowym butem, między Wisłą a Bugo-Narwią. Tam poznałem ludzi, wśród których z góry stracony czas, wyrwane z życiorysu dwa lata nie straciły do końca sensu, pośród budujących haseł w rodzaju: „Hańba tym, co mają siłę, a nie maja racji”, umieszczanych na fasadach koszar, w kantynach, kasynach, magazynach
i latrynach. W dziwacznych realiach odgórnie niewzruszonych,
w monochromatycznym balu przebierańców koloru khaki, wśród mniej lub bardziej dopasowanych masek, nie zawsze – po pierwszej wymianie spojrzeń
i uprzejmości udaje się ustalić – z kim właściwie przyjemność, tym bardziej, że zdarzają się przypadki szczególnie zawziętych amatorów strzelania z procy (może być też z rury)  - osiągających wysoki stopień robotyzacji i identyfikacji
z rolą. Ale na razie w pierwszej fazie „rozruchu” (największe zmartwienie zawodowych strategów i dowódców: niemożność zidentyfikowania rysów twarzy) kojarzyło mi się to wszystko z czymś w rodzaju sądu ostatecznego, gdzie w niekończącym się ogonku czekają na wyrok dusze – wyzute z odzienia, obuwia i złudzeń oczywiście, z kołaczącym się memento: „porzućcie wszelką nadzieję”. Coś w tym było, jakaś cezura, Rubikon, Styks, przez jakąś ciemnawą krechę się przechodziło w pokutnym, ogólnowojskowym worze, z wystrzyżoną do skóry głową z zostawionym na jej czubku wiechciem o średnicy decymetra kwadratowego – żeby nie było, że na zero, jakieś pozory musza być: precz
z penitencjarnymi skojarzeniami! Trzeba było kilku dni, kilku chwil zastanowienia (Tych chwil na zastanowienie było mało. Zastanawianie obniża wartość bojową jednostki) by w końcu zrozumieć, że nie Sytuacja tworzy nieszczęście. Nieszczęściem jest idiota, z którym musisz dzielić miejsce i swój czas. Na szczęście wszystkie drogi prowadzą na Śląsk.

***

Czerwony transparent rozpięty na bloku kompanii głosił: „Witamy
w pododdziele Majora Ruchały”. Ale nawet pododdział(eł) Majora Ruchały potrafi błysnąć szczerozłotą plombą przewrotnego uśmiechu losu. Tym uśmiechem (wybitnie górnośląskim) było zderzenie z pewnym kapralem (jak kapral – to zderzenie jest niezbędną koniecznością, zasadą), postrachem wszelkiego autoramentu, „kotów” i „sierściuchów” dekujących się po kańciapach, kapciorach, szatniach, szafach, zbrojowniach, kiblach i prasowalniach. Wraz z jeszcze kilkoma adeptami sztuki wojennej uczestniczyłem w krótkiej, późnowieczornej pogadance na luźno zarysowany temat, dotyczący wdrażania (głęboko uświadomionej) dyscypliny wojskowej. Prelekcja wygłoszona na schodach naszego lokalu polegała głównie na praktycznym wykorzystaniu bojowego manewru o nazwie „czołganie przez pełzanie” – zaznaczonego w odpowiednio zsynchronizowanych interwałach krótkimi komendami „padnij”, „czołganiem przez pełzanie w dół – naprzód”, [Komenda musi być jasno i jednoznacznie sformułowana, powinna posiadać sens logiczny (w warstwie semantycznej oczywiście). Tu kryteria te były znakomicie spełnione, perfekcyjnie zwerbalizowane)] „powstań”, „padnij”, „czołganiem przez pełzanie w górę – naprzód!” (proszę zwrócić uwagę, jak w tych krótkich, lakonicznych suchych zdaniach, precyzyjnie określony jest rodzaj wykonywanego manewru, oraz jak wyznaczanie wektora ruchu w zadanej trójwymiarowej przestrzeni w wyrazie swym jednoznaczne!), „powstań”, „padnij”, i tak dalej, i tak dalej – w sekwencjach górno–dolno –dolno-górnych, których arenę reprezentował ażurowy areał szerokiej , nowoczesnej klatki schodowej (blok – wczesny Gierek, tzw. „surowe piękno zaklęte w beton”.)
A propos luźnego zarysowania tematu: gumka podtrzymująca dolną część wieczornej garderoby  była zdecydowanie za luźna (swoją drogą – interesująca innowacja: Armia miała na wyposażeniu regularne piżamy zdobne w gustowne błękitno-chabrowe paski). Niestety. Metalowe listwy schodów poważnie utrudniały mi prawidłowe wykonanie zaleconego manewru, z uwagi na ciągłą konieczność (względy obyczajowe, praktyczne i estetyczne) korygowania stanu obleczenia dolnej części okrycia. Nie miałem czasu na krótkie zerknięcie choćby na osobę wydającą komendy, podświadomość mełła gdzieś w sobie jakieś rwane nieistotne zdania o odniesieniach personalnych w rodzaju: „ty pierdolony gestapowcu”, „chuju zbolały” – czy coś równie wytwornego. Przyznaję, nie była to nadmiernie ulotna poezja myśli, acz przy odrobinie wczucia się w sytuację nie można jej odmówić pewnego szorstkiego (jak smak przaśnej pajdy żołnierskiego chleba) uroku. Gdzieś podskórnie zdawałem sobie sprawę z mojej beznadziejnej konwencjonalności i sztampowatości reakcji. Bolałem nad tym, bo było to chóralne społeczne niemalże myślenie – zgodne
i przewidywalne, a mój własny indywidualny głos wiądł, tonął wśród narzuconej konwencji trochę smutnawo i trochę majestatycznie – jak „Titanic” po zderzeniu z obojętną, bezduszną górą lodu…
Po kilkudziesięciu dniach Miejsce i Rola, w jakiej zostałem obsadzony utrwaliła poczucie absurdu zdarzeń. Kojarzyło mi się to z czymś w rodzaju teatrzyku Kwintofrona Wieczorowicza, albo ze sceną gwałtu z Beethovenem w tle
z „Mechanicznej pomarańczy” Kubricka, czy jakoś tak. Coś w tym guście. To – Tutaj i Teraz – to był Teatr – Balet; ruch, światło, kostiumy… Bogata oprawa akustyczna, z naturalnym pogłosem betonowo - stalowej konstrukcji, wzmacniającym krótkie, fachowe szczeknięcia komend i przyśpieszone oddechy przeganianych w tę i na zad „kotów” – potęgowała wrażenie nierzeczywistości  
i – siłą rzeczy moja świadomość przestawiła się na czysto estetyczny odbiór wrażeń; uświadomiłem sobie, że jestem oto aktorem i publicznością zarazem
i biorę udział w spektaklu o charakterze totalnym. To było odkrycie!... Nie mogłem się już zatem oprzeć potrzebie rzucenia okiem na reżysera tej konkretnej sceny, owego Kantora doglądającego aktorów, głównego animatora performance – happeningu.
Stał w lekkim rozkroku u szczytu schodów, szeroki w ramionach, wyprostowany, w świetnie dopasowanym, nieskazitelnie mundurze podoficera na służbie, z rękami założonymi na plecach. Pasek pod brodą dodawał mu należytego splendoru i grozy (ech… brakowało… jakże brakowało szpicruty
i monokla w oku, no ale przecież armie muszą się jakoś odróżniać…no choćby piórkiem… dla nas proponowałbym piórko pawie (krakowska rogatywka – te klimaty), ładnie by się to odcinało od szarych stepów Czeczeni, lub skalnych pustyń Afganistanu…
Uśmiechał się, ale nie był to (czego należałoby się spodziewać) zimny, lodowato - stalowo - błękitny uśmiech w stylu „nazi”. Dostrzegłem, wyczułem w nim objawy pewnego delikatnego, trochę nieobecnego ROZMARZENIA. Znalazłem w nim coś, co uzmysłowiło mi z całą wyrazistością, olśnieniem, że facet jest kreatywny; co prawda, poniekąd moim kosztem. W końcu nie umawiałem się z Nim na Ten konkretny projekt, a tym bardziej nie było porozumień, co do sposobu wypowiedzi artystycznej – dynamika, interpretacja, dramaturgia, itp. Ale tłumaczę to specyfiką miejsca i okoliczności. Wystarczyło odkrycie: To prawdziwy Artysta!
Krótka wymiana spojrzeń utwierdziła mnie w poczuciu, że pracujemy na podobnej fali. To był przełomowy dla mnie moment. Wiedziałem już, że nie jestem tu sam. Jacek Kleyff śpiewał o hipisach spod Piaseczna – ja w niedalekiej odległości od tego miejsca poznałem Maćka – hipisa ze Śląska. c.d.n.
***

Wojtek Jarociński